Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Wiersze Kasi

Wiersze na Wielki Post

Przed Środą Popielcową

 

Niedziela – biała firanka

zlewa się ze śniegiem.

Wyglądam przez okno –

chmury lśnią na niebie.

 

Właśnie wróciłam

z zimnego kościoła,

gdzie kwitła miłość gorąca.

Wyniszczał się Jezus

dla mnie i innych

i oddał się nam do końca.

 

Płoną drzewne szczapy,

wiatr w kominie gada,

iskry świecą złotem,

popiół pod ruszt spada.

 

Siedzę tak nostalgicznie,

w cieple grzejąc się mile.

Pamiętam jeszcze

tę jabłoń starą.

Przeżywam ostatnie jej chwile.

 

Z prochu powstała

i w proch się obraca –

myślę o tej, która płonie.

W ognia językach,

sycząc i dymiąc

ogłasza zmysłom mym koniec.

 

I teraz właśnie

pojmuję przesłanie,

szczapy, co przy mnie znika:

móc pozostawić

ciepło po sobie,

które radością przenika.

 

 

Środa Popielcowa

 

„Z prochu powstałeś

i w proch się obrócisz”.

Słyszysz te słowa

i w myślach się smucisz.

 

Więc tylko tyle,

tyle jesteś wart,

co garstka popiołu

puszczona na wiatr?

 

Dusza się w tobie

odzywa nadzieją,

bo przecież duszy

nigdy nie spopielą…

 

Wtedy ciało

łaknące uciechy,

duszę, jak kwiat,

co na wiosnę zakwita,

 

wynosi ponad

poziom czarnej ziemi,

samo będąc

jedynie łodygą.

 

Dusza się mieni

kolorami tęczy,

przymierza znakiem

odwiecznym.

 

Wydaje plony

duszy z ciałem trwanie,

karmione wiarą

w święte zmartwychwstanie.

 

 

Pokusa

 

To cię podchodzi cicho,

prawie bezszelestnie

to znowu w świetle

tak mocnym

że oślepia

nagłym hukiem ci spada

na serce jeszcze drżące

lub sączy ci powoli jad

jak przez bibułę

oplata cię mackami

lepkimi obrzydliwie

przydusza i odpuszcza

że żyjesz jak w malignie

jest stale

gdy jej nie ma

chce uśpić twe sumienie

by dopaść cię dla siebie

w czas najdogodniejszy

Nie wystarczy ci czujność

tresura

zaklinanie

jedynym środkiem na nią

Jezusa miłowanie.

 

 

Wolność

 

Wolności – nieszczęsna sługo

z własnej swej przyczyny,

dlaczego ciągle zbierasz

samowoli winy?

 

 

Wybacz

 

Moja wola,

moja wola,

moja całkiem wolna wola…

 

Boże!

 

Moja wina,

moja wina,

moja bardzo wielka wina

 

 

Nawrócenie

 

Wybacz mi proszę, mój bunt,

gdy serce pełne goryczy

pychą sycone zamiera,

a rozum język mój ćwiczy.

 

Myśl tnąca, jak prąd, jak bicz,

to, co dotychczas tak ważne,

w strzępy zamienia bez sensu,

a słowa – w kamień każde.

 

I nie chcę już wiedzieć, że Ty

uniżyć się dla mnie zechciałeś.

I nie chcę pamiętać, że Ty

Panem mojego życia się stałeś.

 

Słowa wyrzucam, jak salwy,

Na przemian, by zabić i czcić.

Tyś Bóg, powtarzam ze złością,

a ja mam wiedzieć, jak żyć?

 

Tyś Bóg, powtarzam z miłością,

przytul mnie, spokój mi daj!

Im czarniej na duszy się robi,

tym bardziej szepce coś – trwaj…

 

I wreszcie, ze strzępów, z chaosu,

z kamieni i obelg bez dna,

wyłania się prawda ta jasna:

On jeden naprawdę mnie zna.

 

To nie Twa władza nade mną

poczucie daje niższości,

lecz absurd – wstydzę się Stwórco

przed Tobą duszy nagości.

 

 

Oczekiwanie

 

Stary zegar powtarza:

Panie mój, Panie mój…

Czas upływa, a ja

nic nie potrafię Ci dać,

oprócz czasu,

który i tak jest Twój.

 

Cisza huczy i nagli:

módl się, no, módl się już!

Żeby choć cisza ta we mnie,

lecz nie - tam pustka

z myśli, przeżyć i słów.

 

Duchu, co zbędne – bierz!

 

Do serca pustego mi wlej

złocistą miłości woń,

płomień nadziei czerwony

niechaj prześwietli ją.

 

I może wówczas dasz poznać,

jak mam zapraszać Ciebie,

Boga, który chce żyć we mnie,

nie tylko tam, w niebie?

 

 

Słowo Boże

 

Pieszczę i tulę

Twoje Słowa

w moim sercu,

jak ufne niemowlę

w ramionach.

Są, są ciągle.

Dane z miłości.

Spokojnie rosną

w mojej duszy,

chociaż wielkość swą

mają już teraz.

 

 

Rekolekcje

 

Kocham tę ciszę we mnie,

co z głosem Twoim się zlewa

i myśli, które wzlatują

z nędzy, nawet do nieba.

 

Patrzeć w oczy Dziecka,

by ujrzeć miłości szczerość,

tego nie można zapomnieć

w najgorszą nocy ciemność.

 

Winy wybaczone,

brama otwiera się nowa,

za nią wolność i radość.

Wraz z Tobą moja droga.

 

 

Cisza

 

Cisza śniegiem zdobyta.

Cisza wokół i w tobie

jaśnieje bielą nad nami,

pięknieje modlitw szeptami.

 

 

Ćwiczenia

 

Wysokich korytarzy nawy,

drzwi zamkniętych szept

i cisza, cisza, cisza

wzniesiona ponad byt.

 

Głęboki i silny głos

przenikliwy do granic poznania

w bezdźwięku unosi się skrą

w duszy łakomej kochania.

 

Skrzydeł aniołów zasłony

chronią przed świata jękiem

rozpaczy dna i bólu,

by kwitnąć kolorów pękiem.

 

Nowe w starym się jawi

niczym linienie węża,

odnowione serce, choć krwawi,

podnosi się i zwycięża.

 

 

Tabernakulum

 

Tabernakulum – miejsce święte

odwiecznej tęsknoty

Boga do człowieka…

Samotności Oblubieńca,

który wciąż tam czeka.

Jak blisko jesteś Jezu,

widzę Cię oczami.

Jak daleko jednak,

bo świat ciągle mami.

 

Tabernakulum – miejsce zwierzeń

z bólu duszy i trwania.

Tak prawdziwe Twym szeptem,

gdy troska mnie osłania.

Tak nierealne marzenie,

że tylko w wierze spełnione.

Ja i Ty znowu jedno –

przenikasz mnie i chronisz.

 

Tabernakulum – miejsce miłości.

Otwierasz się przede mną,

rozdajesz w ludzi tłumie.

Badam moje serce -

czy wciąż jeszcze czuje?

Taje, a lód co je okrywał

zwykłą łzą się staje.

I wtedy wiem, że żyję,

że cud się dokonuje

Miłość zmartwychwstaje.

 

 

Prośba odkupionego naczynia

 

Byś serce moje

uczynił ołtarzem,

odnowionym bieli nakryciem,

 

a ręce moje,

kielichem by były

na łaski wylane obficie

 

i usta moje

by stały się pateną,

dla Słowa słów wszelkich posłaniem.

 

O to Cię proszę,

licząc na Twą miłość,

ja – kruche naczynie gliniane.

 

 

Po Komunii

 

Ja i Ty – jedno ciało…

Ty i ja – jedną duszą…

Unoszę się w przestrzenie,

niczego już nie muszę

poza wielbieniem Ciebie

oddechem, sercem, myślą…

I przymus nawet bez trudu

rodzi się w wolności,

gdy Ty mnie przenikasz,

wyprowadzasz z nicości.

Wszystkim jestem w Tobie,

grzech mój staje z boku

i dalej by tak było

i dalej byłby spokój,

gdyby moje oczy

czerpały do życia

łaski nieustanne

z Twojego Oblicza.

 

 

Poczęcie

 

Jedna, druga… dziesiąta,

chwile ulatują,

jak gołąb, co gnał ku słońcu

i martwy pod drzewo runął.

 

Były i już zapomniane

minęły: trzecia, piąta…

Od nowa liczyć trzeba

Wciąż i wciąż – do końca.

 

Jest jednak chwila niezwykła,

tak jedna, że jedyna –

z Miłości wiecznej wzięta

chwila poczęcia Syna.

 

 

Święty Józefie

 

Święty Józefie drogi,

mężu pięknej miłości,

niechaj Cię oczy moje

wielbią w Twojej czystości.

 

Z małym Chłopcem i lilią,

tak jesteś nierealny,

bo przecież w męstwo Twoje

Bóg ubrał Cię dla Panny.

 

Ostoją dla nich byłeś,

kolumną i bandażem.

Niczego nie zyskałeś,

a tak wiele zarazem.

 

Święty Józefie drogi,

w cieniu najbliższych żyjący,

tylko sny Twoje znamy –

święty nasz milcząc

 

 

Z pamiętnika Judasza

Ścięli Jana.

Był smutny. Chciał być sam.

 

„Każ więc rozejść się tłumom”

Myśmy wiedzieli

co powinien zrobić.

Myśmy to wiedzieli.

Znaliśmy Jego ból.

To było takie oczywiste,

a On zaczął odmawiać

błogosławieństwo.

 

Jest całkowicie nieracjonalny.

 

„Wy dajcie im jeść”

Tak powiedział.

Brak Mu konsekwencji.

Nie zapytał nawet ilu ich jest

i nie licząc wcale,

stanął do produkcji ułomków.

 

Jest taki rozrzutny

i nieekonomiczny.

 

„Przynieście mi je tutaj”

Powiedział i sam ich nakarmił.

A przecież ci, co stali w tłumie

(czasami siedzieli),

widzieli z koszami nas.

Dziękowali nam.

Jest taki niepraktyczny.

 

A potem jeszcze

zapomniał o łodzi.

Musiał do nas przyjść pieszo.

 

Piotr był zawsze narwany.

 

 

Ogrójec

 

Ogród Oliwny. Chwila,

jednak całe życie.

 

Spokój i cisza wokół.

Z daleka psów wycie.

 

Głucho spada owoc,

słychać szelest liści.

 

Krzaki przyklękły nisko,

jak w modlitwie mnisi.

 

Na tle księżyca tarczy,

nocne motyle i ptaki.

 

Krople wieczornej rosy

ożywiają podwiędłe maki.

 

I nagle krzyk przejmujący

myśli nieszeptanych.

 

To Miłość gotowa na wszystko,

ze śmiercią rusza w taniec.

 

 

W strapieniu

 

Bez marzeń

I ducha

bo uleciał

w inne, lepsze czasy.

Czerep skrzywiony

maska bez wyrazu.

Nie ma tragedii

nie ma też komedii.

Jest dusza

wchłaniająca

resztki światła.

Ich nie ma.

Ja jestem.

Ja – beze mnie.

I Bóg Jest.

Ten bez pragnienia.

Frustracja

i racja moja

bez znaczenia.

Nie chcę być.

Jestem

Co mnie powstrzymuje?

Żałuję

Czego?

Czasu, czy grzechu?

Siebie?

Boję się żyć.

Czekanie.

Na co?

Podnieś mnie.

Ukaż świat-ło

wyjścia poza siebie.

 

 

Droga Krzyżowa

 

I już, i pięknie,

kolejna Droga Krzyżowa

za nami.

Tu przyklękniemy,

tam popłaczemy:

kto dzisiaj chętny

do dramy?

 

Nie, to nie tak było,

nie w ciszy,

w czystości

i chłodzie!

 

To były krzyki,

plugawe wyrazy

i pięści

i oczu złych strzały.

 

To były gawiedzi

ciekawskie spojrzenia,

szydercze prześmiechy,

kąśliwe uwagi.

 

To było cuchnące

czosnkiem, potem, ściekiem

powietrze, które Cię otaczało

i nawet własne

Twoje ciało –

zbolałe, zmienione –

śmierdziało…

 

Strupy i pył drogi,

włosy zmierzwione

i rany wciąż krwawiące,

i łzy słone

te rany drażniące.

 

I ciężar grubej belki,

nad nią ciężar zdrady

i gorycz samotności

głębszej o Matkę obawy.

 

I jeszcze była rozpacz –

najczarniejsza z czarnych,

choć w pełnym słońca skwarze,

pytająca z wyrzutem –

gdzie jesteś,

Boże prawych?

 

Współczucie omdlewało,

strach kazał się zapierać,

a słabość wbrew sobie

Twarz biegła wycierać.

 

To naprawdę,

naprawdę się stało!

Stańcie!

Czy słyszycie?

W każdym sercu

teraz oniemiałym –

Jego serca bicie.

 

A w ów rytm wpisane:

Miłość, Ofiara i kat –

ten ostatni jest we mnie,

jest w tobie –

nim jest cały świat.

 

 

Adoracja

 

Uwielbić   Cię

Panie, ukochać,

w y w y ż sz yć,

w y n i e ś ć,   w y dź w i g n ąć,

u n i ż y ć     p r z e d     T o b ą,

u k l ę k n ą ć,   w y ś p i e w a ć

w y s ł ow i ć, z n ó w   klęknąć,

a   potem   wychwalać i wielbić

i     dawać

Ci     siebie

bez   końca

c o dziennie

by   znowu

w tymBoga

u k o ch a ć

u w i e l bić

i   życiem

potwierdzać

te       słowa

 

 

Kwitnienie Krzyża

 

Nie chcesz widzieć życia

w Krzyżu Chrystusowym.

Widzisz tylko smutek,

rany i cierpienie.

Zatrzymany w czasie

Sługa Jahwe nagi,

na wieczność ci się zdaje

przybity do hańby.

Nie chcesz widzieć,

bo trzymasz się tego,

co widzisz.

Tego czasu i zdarzeń,

które dziś są twoje.

Spójrz na Krzyż

Jego okiem

odwiecznej Miłości,

a ujrzysz w hańbie łzawej

swoje zmartwychwstanie.

 

 

Ufność

 

Jak trudno

oderwać się

od siebie

gromadzić skarby

w niebie

uwolnić myśli

słowa

nie tęsknić

nie planować

być dzieckiem

w każdej chwili

żyć bez poczucia winy

jak trudno

w pełni ufać

gdy z każdej strony

słychać: Czy rzeczywiście Bóg…?

 

 

„Boga nie ma…”

 

Suną korowody

smętnych i znudzonych

na garbatych plecach

worków pęk dziurawych

W rękach opuszczonych

puste niosą kosze

nogami szurając

płaczą nad swym losem

 

Usta wpół otwarte

ledwie coś tam szepczą

oczy przymrużone

światła blaski męczą

Idą tak przez życie

znosząc jego pęta

ratunkiem ich alkohol

czasem spalą skręta

 

Ożywiają się nagle

oddech łapiąc nowy

oczy blasku dostają

głos zaś pełen mocy

Z pewnością, której nie ma

żadna chwila ich życia

mówią: „Boga nie ma

bo ciałem jest nie do odkrycia”

Potem oczy ich gasną

plecy pochylają

oczywistością zmysłów

siebie doświadczają

 

Mądrość swoją ponurą

w dziurawe kładą worki

z pustych już butelek

robiąc do nich korki

I tak walcząc ze sobą

bo przez ich wywody

Boga nie ubędzie

Suną korowody

 

 

Doczekać poranka

 

Mija doczesność czerwienią zachodów,

sentymentalność wielbi wielkie słońca,

a tylko piękno innego rodzaju

przeczuwa dusza smętna i tęskniąca.

 

Otwórz się duszo na ciemności nocy,

gdy tylko pamięć wczorajszej jasności

nadzieję daje, że sens twego trwania

mieści się w głębi dziecięcej ufności.

 

Jeśli i sens utracisz trwania,

bo ciemność zda się nie mieć końca,

powierz się Temu, który ponad pamięć

złożył ci Siebie w ofierze u Ojca.

 

I całkiem nowa ogarnie cię światłość,

gdy oddasz wszystko czekając poranka

i każdy promień przenikać cię będzie -

nowego człowieka w objęciach Baranka

 

 

Przed Najświętszym Sakramentem

 

Baranek światłem jaśniejący,

okolony słońcem.

Nad Nim krzyż

ziemię z niebem łączący,

wcina się w niebo

i tam dopiero kończy.

Wytryska w jasność

Niewinnie cierpiący,

by stawać się sensem

życia człowieczego,

który właśnie chłonie

całą miłość Jego.

 

 

WIECZERNIK (tryptyk)

 

1.Ostatnia Wieczerza

 

Gesty niepojęte,

słowa niesłyszane:

„Sługą jestem, choć Panem”,

„Karmić chcę was swym Ciałem”.

 

Do tego jeszcze: „…zdrada…”

i „…to ostatni raz z wami…”.

Trudno bić się z własnymi,

goniącymi myślami.

 

Coś się dzieje, to pewne –

serce podpowiada,

że niezwykły to wieczór…

Czemuś Mario, tak blada?

 

2.Wieczorem Pierwszego Dnia

 

Głosy silniejsze, to znów cichnące,

gdy pamięć pobudza strach.

Kroki od ściany ku ścianie biegnące

z myślą, że coś jest nie tak.

 

Łuczywa dawno zapalone,

światła dają już mniej.

Coraz duszniej się robi wokół

-Gdyby był tu, byłoby lżej!

 

Kobiety coś tam mówiły

i Piotr wspomina o kamieniu…

- Prawda, były i cuda!

- Pamiętacie, co mówił o zbawieniu?

 

- Mario, jak lubią Ciebie dzieci,

jak spokojnie przy Tobie każde śpi.

- Magdaleno, na kogo czekasz,

spoglądając tak ciągle na drzwi?

 

 3.Po Zesłaniu Ducha

 

Pod ścianami posłania,

jakieś kubki i dzban,

talerz z resztkami chleba;

lecz ich nie ma już tam.

 

Ściany jeszcze rozmodlone,

bo przez długich dziewięć dni,

odbijały echo pragnień

i te słowa: Ufam Ci.

 

Ona, która wiedziała,

której już wszystko dał,

była tu razem z nimi,

prosząc, by cud się stał.

 

I stało się – zesłał Pan

Moc, Odwagę i Żar.

I wyszli opowiedzieć o wszystkim

choć niedawno każdy się bał.

 

 

Naga gałązka

 

Życie nie jest na niby

i nie ma z niego powtórek.

Nie jest nawet na chwilę,

by można je przeżyć z bólem.

 

Życie jest na tym~czasem,

bo dysponujesz tym czasem,

który ci Bóg oznaczył

na linii zwanej twym losem.

 

Kochasz, lubisz, szanujesz,

nie chcesz, nie dbasz, żartujesz…

Odrywasz dni, jak we wróżbie,

a po niewczasie – żałujesz.

 

Zostaje prawda o tobie

niczym gałązka naga.

Przywrócić jej życie może

tylko prawdziwa wiara.

 

 

Życie prawdziwe

(w drugą rocznicę odejścia JP II)

 

Dopiero po śmierci

żyje się prawdziwie

nie obronisz się miną

ani jadem słowa

tyle żyjesz

co w innych

znaczysz

coś dokonał

twoje dobro

bezbronne

ile warte

teraz się okaże

jeśli z fundamentem

zostanie

chociaż jedna

cegła

na mur

nowych zdarzeń.

 

Facebook
Joomla templates by a4joomla
fot. marfis75 / flickr.com