Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Wiersze Marleny - W przełomie wieku

W przełomie wieku

Świąteczny klimat

Jingle Bells, The First Noel, We Wish You a Merry Christmas

mikołaje przez małe „m”

dekoracje, prezenty, zapachy

taki płaszcz

a pod nim kobieta

która się tak urobi

że nie ma siły chodzić

on na ostatnią chwilę wraca

bo taka praca

przy nakrywaniu stołu awantura

a przy łamaniu opłatkiem w sercu pustka, dziura

 

Gdzie jesteś

W tym wszystkim, Panie

Na morzu mikołajkowo-prezentowym

W tej świątecznej supermarketowej powodzi

Szukam Twej ratunkowej łodzi

Pokoju i rozumu

Skromności i zwycięstwa

Ciszy betlejemskiej stajni

Światła w ciemności pragnień

Maleństwa

Które wystarczy

By być szczęśliwym na wieki

 

Niech inszy

Sobie pałace marmurowe mają

Kapiące od ozdób okna

Uginające się pod ciężarem pysznych dań stoły

A ja chcę siąść u Twych stóp

Nim jeszcze wpadną tu pastuszkowie

I wyznać sercem, żeś mój Bóg

I uradować się, żeś Człowiek

I trwać tak aż do rana

Śpiewając Marana Tha, Marana…

 

Pożegnanie aniołka

Ostatnim westchnieniem

Żegnasz się ze światem

Uchodzi z Ciebie życie, małe serduszko

A z nim zabierasz swoje sny i marzenia

Swoje pierwsze słowa, radości

Mądrości i kwilenia

Słodkie stópki do całowania

i małe rączki do tulenia

jeszcze ciepły ostatni buziak

zawinięty loczek

i mięciutki brzunio

drobne ciałko

tak wiele nam dało

tak niewiele żyło

odchodzisz w Dobre Ręce

które Cię nam podarowały

aniołku mały

dziękujemy, że w naszym życiu się pojawiłeś

za miłość, którą nas obdarowałeś

i której nas nauczyłeś

                                   Mama i Tata

Galeria „Cmentarz”

Kto nie zapłaci

Ten nie wykupi

Kto nie wykupi

Ten nie poleży

Temu się nie należy

Co tu Bogu

A co oddać Cezarowi?

I kto Cezar

A kto Bóg?

 

Czas nawiedzenia

Na jakim zwierzęciu wjadę

Do Jerozolimy mego życia?

Czy na ogromnym słoniu obwieszonym drogimi kamieniami?

Czy na narowistym rumaku

Co go nawet ostrogami

Nie potrafię okiełznąć

A może na upartym ośle

Co będzie stał

Gdzie będzie chciał

Jerozolima – moje serce

Gdzie Pan chce zakrólować

A moje słabe ciało

Nie rozpoznaje czasu swego nawiedzenia

 

 

Matka FIAT

Cicha niewidoczna obecność

Pełna miłości i pragnienia

Byś wybrał najlepszą drogę

Drogę zbawienia

Matka czuła

Otula Cię blaskiem księżyca

W ciemną noc

Czuwa i płacze razem z Tobą

Kiedy boisz się stracić

Boisz się umrzeć

Kiedy lęk jest silniejszy niż miłość

Ona pragnie Ci pomóc zamienić wodę w wino

Jej spojrzenie wszystko tłumaczy

że nie ma sensu wracać do tego, co już było

że by rozkołysać w sobie Niebo

wystarczy tylko FIAT

wystarczy wiara, nadzieja i miłość

i odrobina szaleństwa

nie z tego świata

 

Syn Marnotrawny

Ani ubogi w duchu

Ani złem świata zasmucony

Ani cichy

Ani o sprawiedliwość nie zatroskany

Ani miłosierny

Ani czystego serca

Ani pokojem nie wypełniony

Ani cierpiący prześladowanie dla sprawiedliwości

Dlatego wraca

W ramiona Prawdy

Skruszony, upodlony

Nie zasłużył na nic

Przez wszystkich wzgardzony

I to właśnie jemu Ojciec Królestwo otwiera

To on zostaje pocieszony

To on nową szatę przybiera

To on ziemię na własność dostaje

To on jest nasycony

To on miłosierdzia dostępuje

To on zagląda w oczy Ojca

To nie pierworodny Adam

To on jest ten umiłowany

 

Skażony pierworodnością

Na sobie skupiony

Zawsze zwarty i gotowy

Zawsze przygotowany

Porządny i aktywny

Bez zarzutu, patrzy z góry

Zarabia na chleb powszedni

Na przychylność

Zarabia na lubienie i miłość

Pracuje by mieć prawo

Pracuje by odpocząć

Pracuje by odziedziczyć

Pracuje by zasłużyć

Zasłużyć na miłość

Na zbawienie

Na dotyk

Na pocieszenie

Żyje w lęku

Ciągle nie tak doskonały

I czuje, że nie zasługuje

Na czułość Ojca

Na jego radosne spojrzenie

Na Jego przytulenie

I nie pojmuje

Jak można tak

Bez niczego

Nie zasłużywszy ani odrobinę

Paść u stóp Ojca

Paść w Jego ramiona

I doświadczać ukojenia

Tulić się do Jego piersi

I napełniać się łaską nie zasłużonej miłości

Nieskończonego przebaczenia

Janie, Synu Marnotrawny,

Skąd wiedziałeś?

 

Gdzie mieszkasz, Panie?

Chodźcie i zobaczcie

Wokół głosy pracujących mężczyzn

Józef zbijający stoły

Gwar kobiet w ogrodzie

Idących po wodę

Krzyk dzieci

Dla których wszystko niesamowite i nowe

I drzwi do domu

Kamienny otwór

Zwiastujący odrobinę chłodu

Chwilę odpocznienia

I Pani Domu

Piękna Pani

Matka Zbawiciela

Zanurzyła mnie w swoim spojrzeniu

Jak w łask oceanie

Pachnąca chlebem

Witająca uśmiechem

Maria

Tuląca czule ciało

Co się nie spodziewało

Dom ukojonego serca

Gdzie człowiek zaczyna mieć znowu imię

 

Wojna

Toczy się codziennie gdzieś

Za granicą

Za morzami

W zakamarkach naszych serc

Nienawiść i lęk

Co się stanie

Gdy u naszych drzwi stanie?

Zamrę z kawą w dłoni

Z dzieckiem na ręku

Z książką co nagle cały sens straci

Czy mamy wykopywać z ziemi marchewki

Tak misternie całe lato podlewane

I uciekać przezorni jak lisy

W nieznane?

Czy wyjść potulni jak baranki na rzeź prowadzone

By dać się rozszarpać tym

Co nie wiedza co czynią?

Czy uciekać

Czy walczyć

Choć walka jest przejściem na stronę wroga

Którędy do zbawienia droga?

 

Zamykam się

Z każdym niedomaganiem

Z kolejną katastrofą

Na którą nie mam wpływu

W kruchej twierdzy mojego ciała

Uciekam z mym bólem

Do wewnętrznego mojego świata

By nie obciążać zmartwieniem bliskich

By im nie zatruwać poranka

Ale trudno ukryć się w pustce, w nicości

W smrodzie swych nałogów

W ograniczoności

Szczęśliwi, którzy przez lata

Swój wewnętrzny dom zbudowali

Skąd mogą się przechadzać do Nieba

Do Wieczności

Nie zatrzymywani ciągiem ziemskich wydarzeń

 

 

Facebook
Joomla templates by a4joomla
fot. marfis75 / flickr.com